Tak było…

Początek.

Jesteśmy ze sobą od roku i 3,5 miesięcy, a od 10 miesięcy zajmujemy się naturalem.
Nasza historia, choć dość krótka, składa się z kilku etapów.

Brokat ma obecnie skończone 5 lat. Duże dziecko. Jest to śliczny, nieduży, gniady konik, bez odmian, rasy młp, choć w paszporcie sp. Jego matka padła na kolkę, gdy miał skończony miesiąc. Kiedy zobaczyłam jego zdjęcie w necie, stwierdziłam, że muszę go zobaczyć, a jak pojechałam, to już nie mogło być innego konia.
Był nerwowy i nie mógł ustać w miejscu, ale zrzuciłam to na chwilową sytuację. Dużo ludzi, koledzy na wybiegach, on sam, każdy coś tam od niego chciał, dziwne zbiorowisko… nie czuł się pewnie. Młody nie wiedział co się dzieje.
Niestety kulał, miał ropę w kopycie, więc nie miał zrobionych poprawnych prób zginania. Weterynarz go omacał, osłuchał, zajrzał do oczu, pyska, uszu, opisał i stwierdził, że jest w porządku. Zaliczka została wpłacona, do konia miał przyjechać jeszcze popołudniu kowal i weterynarz w celu wydobycia ropy z kopyta, miał być też zaszczepiony. To wszystko działo się 8 marca 2008r, a tydzień później -15 marca ’08 już byliśmy w drodze do jego nowego domu.
Od tamtego dnia wszystko w moim życiu się kompletnie zmieniło.

Nowy dom, nowa pani, nowi koledzy, nowe wszystko…

Brokat był grzeczny, ale bardzo niepewny. Wszystko, co go otaczało, było przeraźliwie straszne, ścieżki, płoty, przedmioty… Dygał ciągle, chociaż raczej nie chciał iść stając jak wmurowany i gapiąc się w dal. Po kilku tygodniach przyzwyczaił się mniej więcej, ale wciąż niechętnie wychodził z padoku od innych koni, nie miał zaufania do ludzi za grosz, na początku próbował kopać przy czyszczeniu zadnich nóg, nie chciał wychodzić ze stajni, przechodzić obok padoku do zadaszonego ringu. Jakoś się powoli przekonywał, a ja teraz wiem, ile nieświadomych błędów popełniałam wtedy.
Przyszła wiosna, nadszedł czas do lonżowania, powolnego przyzwyczajania go do czapraka i siodła, a w końcu do jeźdźca, bo nie było ani łatwe, ani poprawne.
Tak, tak, właśnie, presja otoczenia niestety była silniejsza niż ja, a że osoby pomagające mi miały więcej doświadczenia, to zaufałam im w pełni. Koń oczywiście nie był gotowy do takiego podejścia, więc koniec końców, nie skończyło się to najlepiej. Po nieudolnej próbie w maju, nadszedł czerwiec, i choć Brokat nie był pewny ani nie chciał zaufać, bo było stanowczo za wcześnie, stał nieruchomo, bo tak go nauczyłyśmy. Zaczęła wsiadać pewna osoba, a teraz tego bardzo żałuję. W czerwcu przyjeżdżała i wsiadała, było raz lepiej, raz gorzej, ale koń powoli się uspakajał, choć z perspektywy tych 10 miesięcy naturala, wcale nie okazywał tego, że podoba mu się to wszystko. Z resztą okazał to, jak pierwszy raz poszliśmy na plac do jazdy…
W między czasie zaczęłam z nim chodzić na spacery na trawę poza obręb stajni, co także było wyzwaniem, gdyż ścieżka od stajni do wyjścia w las była przerażająca i zajmowało to nam wiele czasu. Za koniem szło dużo lepiej. W lesie już nie był taki spięty, był grzeczny i chyba polubił te spacery.

Lato.

Na lipiec i sierpień wyjechaliśmy do tej osoby, która jeździła Brokata. Czasami sama na niego wsiadałam, bo zrobił się grzeczny, nie zaczynał jazdy od galopu, nawet się nie spinał w czasie jazdy, tylko w momencie wsiadania był bardzo czujny. Dało się stępować, kłusować i nawet galopować. Nawet po drążkach już chodził.
Niestety znowu zgodziłam się na coś okropnego, choć w tym wypadku miałam dużo mieszanych i negatywnych uczuć. To było straszne, więc pominę ten temat…
W lecie chodziłam z nim na spacery i w czasie urlopu, gdzie miałam więcej czasu dla niego, zaczęłam się bawić naturalnie.
W połowie sierpnia spotkałam się z życzliwą osobą, Kasią, którą poznałam dzięki forum spnh. Zaczęła do mnie przyjeżdżać regularnie i uczyć mnie języka koni, psychologii i całej filozofii PNH.
I tak nam minęło lato.

Powrót i … nowy początek…

Z początkiem września wróciliśmy do pierwszej stajni. Młody był jakby dojrzalszy, jakby mnie się bał, bardziej opanowany. Zaczęłam częściej na niego wsiadać, on zaczął jakby się bardziej rozluźniać. I taka „sielanka” trwała do 14 września, kiedy to poniósł mnie, a ja po prostu spadłam. Nie dał się zakręcić, żeby wjechać na małe koło, ani tym bardziej zatrzymać. Biegł ile sił miał w nogach, szybko się rozpędzał i chyba sam nie wiedział, co robi.
Po powrocie ze szpitala jeszcze wsiadłam ze dwa czy trzy razy na Brokata. Ale już nie pamiętam jak się na nim jeździ. Wiem tylko, że był cudownie delikatny, reagował na dosiad od początku bez używania wodzy, zarówno przejścia w górę jak i w dół, zmiany kierunków, a do tego dość wygodnie nosił.
Całkowicie zaufałam Kasi, która przekonała mnie, że teraz Brokat powinien mieć przerwę w pracy pod siodłem, że sobie poukłada wszystko, a z ziemi będziemy się bawić i wzmacniać nasze relacje.
Bawiliśmy się w ringu albo na placu, najpierw w siedem gier, a potem rozszerzając program.
Dwa miesiące jeszcze byliśmy w tamtej stajni. Potem się przenieśliśmy bliżej domu.

Nowa sytuacja…

Nowa stajnia była stara, tzn. wcześniej był pensjonat, ale dziewczyna, która go prowadziła zrezygnowała, i przejęli teren znajomi koleżanki.
Stajnia i obejście wymagało, i nadal wymaga, wiele poprawek i naprawek, ale uznałam, że w zimie ciężko o prace stajenno-obejściowe, a miało wszystko ruszyć wiosną. Wydawało się, że będzie tam wspaniale, ale potem, będąc już częścią tego wszystkiego, wiele rzeczy działało inaczej niż było zapowiedziane, czyli nie działało wcale. Nie będę się wywodzić, co było dobre, a co złe, bo w każdej stajni są plusy i minusy, a każdy ma inne priorytety przecież.
Od listopada 2008 do czerwca 2009 mieszkaliśmy właśnie tam i wiele się w tym czasie wydarzyło. Od burz nastrojowych, wybuchów, totalnego ekstremalnego prawopółkulowego zachowania, przez introwertyczne zamykanie się w sobie, po totalne rozanielenie, współpracę i chęci zabawy. Jedno jest pewnie – Brokat – tak czy inaczej, na pewno się zmienił i zmienia się ciągle.
Poznał mojego psa. Na szczęście nie robi na nim większego wrażenia. Chodziliśmy na spacery, sami i z kolegą Diabolem. Paśliśmy się na łące, jak już trawa wyrosła. Przeżyliśmy super sukces, kiedy Brokat wyrwał się w lesie i pogalopował brykając w tempie błyskawicy, a potem również galopem wrócił do mnie, uznając, że ze mną bezpieczniej. Zrobił mi kiedyś niespodziankę i wszedł na pieniek, gdy poprosiłam o dotknięcie nosem i kopnięcie nogą. Przeżyliśmy też załamania, kiedy to usłyszałam, że „właśnie koń ci umarł”…
Było cudnie patrzeć, jak chętnie podchodzi na padoku zostawiając inne konie w stadzie, i wychodzi ze mną bez żadnego wmurowania w ziemię. Kiedy w boksie wyglądał, że przyszłam ciekawskim wzrokiem. Kiedy nie mogłam zrobić zdjęć na padoku, bo chodził za mną jak pies…
Było fajnie, aż przyszedł czas, kiedy pan B. zaczął mnie sprawdzać, czy dam się olewać. Przyszedł też czas zmiany stajni, ponieważ miarka się przebrała…
I 1 czerwca zmieniliśmy kolejny raz stajnię.…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Tak było…

  1. ~asiadekster pisze:

    Wiesz, że przebrnęłam dziś – włąśnie skończyłam- przez całą waszą historię tutaj? Normalnie tyyyle rzeczy się wydarzyło o któych nie pamiętałąm:)
    tylko zdjęć nie ma..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>