Etap ‚na własnym’..

Na początku maja przyjechała do mnie Asia. Plany były wielkie, ale zmniejszyły się nieco przez pogodę oczywiście. Ale dałyśmy radę coś tam porobić. Jak nie z końmi, to w domu.. Czas bardzo szybko uciekł, bo to było zaledwie 1,5 dnia tak naprawdę…
Ponieważ zamiast wiosny przyszła pora deszczowa, wszędzie było błoto. Brokatowi spuchła noga, zadnia, dokładnie lewy tył. I trochę kulał. Okłady z altacetu nie pomogły, lanie wodą ani spacery także. No cóż, trzeba było się spotkać z Ludą, przecież ‚tak dawno się nie widziałyśmy’…  Okazało się, że ma zaczątki grudy, albo innego podobnego badziewia. Co tu się dziwić, błoto wszędzie, suchej ziemi nie uświadczysz. Opuchlizna trzymała się tydzień. Luda za to powiedziała, że konie są czyste – w sensie, że ścięgna wyglądają na macanego, dużo lepiej jak w kwietniu. I że czas wziąć je do roboty. To było nieco pocieszające.
Pod koniec maja sprężyliśmy się i ostatniego dnia miesiąca, konie już były w swoim własnym domku na noc. Były dość zdziwione, że nie wracają tam gdzie ‚zawsze’.
Skończył się więc etap ‚pomiędzy’, zaczyna się etap ‚na własnym’.
Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Konie! Leczcie się same!

W kwietniu jeszcze parę razy wsiadłam na Brokata. Było cudnie, Brokat się tak fajnie rozluźniał, mimo długiej przecież przerwy.
Ale było koszmarne błoto, bo przecież zima trzymała długo. Ba, nawet w kwietniu były śniegi. 
No i pech chciał, że wszystko, jak jeden mąż, się roztopiło, woda nie miała gdzie spływać i wsiąkać. Stało się.. zalało nas…  To był widok zarówno piękny, jak i tragiczny… 
Ponieważ wiele rzeczy już się na mnie nakładało, i choroba koni, choroba Bruna, wieczny kk Neli, brak poprawy mimo leczenia, potem jeszcze to rozlewisko – byłam gotowa oddać Dracenę do fundacji, a Brokata wstawić do pensjonatu, jedynego słusznego.
Biłam się z myślami wszelakimi. Co zrobić, jak to będzie wyglądało dalej?
Koniec końców, puściłam konie na większy padok. Niech się rehabilitują i leczą same sobie. Skoro ja nie dałam rady, ani klitki także nie pomogły, to teraz będzie zimny wychów. 
Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Na skraju załamania…

W związku z zawirowaniami dotyczącymi Bruna, konie poszły na dalszy plan. Koty także. I wszystko inne też.
Konie były rehabilitowane na sznurku, co drugi dzień lonży. Mało i niezbyt dobrze. No ale… Pogoda też nie dopieszczała niestety, nie zawsze się dało. Przecież były i roztopy, i ziemia zamarznięta, i podbicie Brokata, i trochę nawet mi oba kaszlały.. Także trochę po macoszemu. Byłam zdołowana, że mi wszystkie zwierzęta chorują.
Nela jeszcze prze doperacją Bruna miała kurację antybiotykową – bezskuteczną, więc postanowiłam pokazać ją w innej lecznicy. Niestety, po takim długim kichaniu, uwagi na jej temat nie były inne. Prawdopodobnie niestety tak już jej zostanie… Zrobiliśmy jej RTG, i ogólne oględziny. Niewiele się to zdało. Dostała środek wzmacniający i czekała w kolejce, aż Bruno się ustabilizuje…
W kwietniu Dracenie spuchła noga – LT jeszcze nie był badany, więc czemu nie to tym razem… Altacet, smarowanie, lanie wodą, spacerowanie, zawijanie - nie pomagało. Była bania i kulawizna. O. Tak więc musiałam skorzystać z funduszy kredytowych Bruna, i wezwać Ludę do koni. Przyjechała 9 kwietnia, obadała nogę Draceny (na szczęście nie były to ścięgna, ani podejrzewana flegmona). Tak do końca niewiadomo było dlaczego jej tak spuchła. Założyłyśmy, że to skręcenie stawu, więc kobył dostała środki przeciwzapalne, wcierkę do wcierania w staw i zalecenia. Przy okazji zrobiliśmy także USG ścięgien obu koni. Dracena wg Ludy była po macankach dużo lepsza, jednak na USG nie było widać poprawy. Brokat z kolei – obraz USG był gorszy niż w październiku. Cios poniżej pasa, dosłownie. Wyrzuty, że jednak nie umiem dobrze zająć się koniem ani go zrehabilitować. A przecież się bardzo starałam, jak tylko mogłam i umiałam. Widocznie zbyt mało… Sugestia – zblistrować oba i zacząć porządnie ruszać. Dostałam blister, leży do dziś w szafce…
Konie miały zrobione także zęby, bo to już przyszedł ten czas…
Po tej wizycie byłam na skraju załamania nerwowego… dlaczego te konie od roku nie chcą się wyleczyć z kontuzji? Przecież Brokat na samym początku nie miał tak zjechanego ścięgna… żałuję, że skusiłam się na te komórki macierzyste i że wyszło jak wyszło…
Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Hardcore Bruna…

Na początku lutego mój wspaniałomyślny Bruno zrobił sobie z mojego ogłowia bezwędzidłowego gumę do żucia. Po tygodniu jednak zaczął się źle czuć, mimo chęci zabawy, nie miał apetytu, wymiotował i przestał się wypróżniać. I tak oto trafiliśmy do lecznicy we wtorek, 12. lutego, gdzie od razu położono go na stół operacyjny… W trakcie operacji okazało się, że na jelitach i śledzionie były guzy. Ponieważ dr powiedziała, że są one usuwalne, choć istnieje ryzyko, że to nowotwór, ba! nawet mówiła, że na pewno jest to nowotwór, bez śledziony i części jelit da się żyć. Tak więc w stresie i na szybko podjęłam ryzyko, kazałam usunąć guzy i psa wybudzić. Pojechałam po niego koło godziny 20, strasznie był oszołomiony i rozżalony. Całą drogę piszczał. Dostał leki przeciwbólowe, antybiotyki inne. Próbki zmian zostały wysłane do histopatologii do Niemiec. Codziennie jeździliśmy z Brunem do lecznicy na kroplówki i leki. Humor raczej dopisywał, w czwartek miał już zacząć zaczynać jeść specjalne puszki. Rano standardowa wizyta kroplówkowa, a popołudniu niestety pogorszenie jego stanu – dostał wysokiej gorączki, więc natychmiast pojechałam z nim znowu do lecznicy. Temparatura została zbita lekami, zrobiono kontrolnie RTG i wrócilismy do domu. W piątek było lepiej, w sobotę rano także. Jednak w trakcie wizyty sobotniej, na sam koniec Bruno zaczął strasznie krwawić, więc pojechaliśmy do szpitala. I tam już został… Nie będę rozpisywała się co ja przeżywałam w tamtych chwilach, ani o tym jak byliśmy potraktowani, ani jakie były mega kompliakcje. Bruno został w szpitalu, dostawał leki, było coraz gorzej. ‚Złapałam’ ukochanego dr M.M., z którym miałam konsultować przebieg wydarzeń. W środę następnego tygodnia były już wyniki histopatologiczne – ufff – okazało się, że guzy nie były nowotworami. Podjęto decyzję o ponownej operacji, gdyż z Brunem było coraz gorzej. Był tez problem z jedzeniem, wciąż z załatwianiem się, więc waga szybko malała… Po drugiej operacji po dwóch dniach była ogromna poprawa. Jednak rokowania były bardzo ostrożne. Bruno wrócił do domu w sobotę, jednak w niedzielę znowu miusieliśmy się pojawić, gdyż szwy się rozpruły i musiał być szyty kolejny raz. Okazało się także, że przyczyną braku gojenia się rany pooperacyjnej była bakteria klebsiella, która była oporna na regularne leki. Został ściągnięty drogi antybiotyk, dzięki któremu udało się uratować sytuację. Po tej kuracji Bruno wrócił do domu (antybiotyk podawany był dożylnie niestety, więc pies musiał być ciągle w szpitalu). Oprócz tego, że grymasił przy jedzeniu, miał mega biegunki, chudł w oczach, jego stan psychiczny nie był zły. Leki jako tako działały, więc i Bruno był żywszy. Sprawdzaliśmy wiele karm i sposobów, żeby zaczął tyć, żeby formował się stolec, żeby czuł się dobrze. Na początku podawałam mu kroplówki podskórne w domu, potem tylko leki. W międzyczasie jeszcze zrobił mu się na grzbiecie ropień, od iniekcji. Miał założony sączek.
Przez ostatnie tygodnie stan Bruna na szczęście jest stabilny; trafił do innej lecznicy, gdzie do zdiagnozowano i ma nowe leczenie. Wdrożyliśmy mu specjalną karmę, którą na szczęście bardzo lubi, ma dobrane leki i próbujemy mu ustabilizować kał. Na tej karmie powolutku tyje, co jest dobrym znakiem. Na szczęście jest wesoły i znowu tak upierdliwy jak sprzed choroby.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Początek 2013

Tak bardzo oczekiwany przeze mnie nowy rok 2013 rozpoczął się w domu. Nudy, ale już chyba przywykłam.
Na początku stycznia Dracena miała opuchnięte nogi. Przez co? Nie wiem – być może od makucha lnianego, którym chciałam ją podtuczyć. Nie dostawała tego dużo, Brokat np. nie miał żadnych problemów. Po odstawieniu z jednej nogi opuchlizna zeszła, a z drugiej nie bardzo, a Dracena coraz mocniej kulała. Po telefonicznym kontakcie z Ludą założyłam jej opatrunek na kopyto z otrębów i rivanolu. Powoli kulawizna przechodziła, opuchlizna się zmniejszała, także chyba trafiłyśmy w dziesiątkę z ‘butem’.
Styczeń ciągnął się straszliwie, bywało różnie, wszyscy mieli już dość zimy.
Zaliczyłam jeszcze ślub mojej siostry stryjecznej oraz Pola G. zrobiła mi i Brokatowi kilka fajnych zdjęć.

 

Luty zaczął się dość pozytywnie, gdyż miałam okazję wsiąść na Promyka wspaniałej Kasi.
 
Oczywiście moje para-jeździectwo utwierdziło mnie w przekonaniu, jaka dupa wołowa ze mnie jest na koniu. Cieszyłam się na zbliżającą się końcówkę zimy, gdyż na wiosnę chciałam ruszyć z jakąkolwiek pracą z Brokatem i Draceną, co później okazało się niezrealizowanym zamiarem…
Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Końcówka 2012

Czas na powrót do bloga. Wiele się wydarzyło przez te 9 miesięcy, o dużo za dużo tego złego niestety.
Końcówka ubiegłego roku przebiegała pod znakiem rehabilitacji koni.
W październiku Brokat miał zrobione USG, gdzie szczęśliwie noga się poprawiała. Dalsze zalecenia były jasne – kontynuacja rehabilitacji w postaci ruchu kontrolowanego. Udało mi się nawet kilka razy wsiąść.

Pod koniec miesiąca był lekarz wybrany przez Fundację do Draceny. Zrobił bardzo dokładne USG ścięgien. Zalecenia były bardzo podobne do zaleceń naszej wetki – blistrowanie i koniecznie ruch. Tak więc zostawił nam środek blistrujący i rozpiskę co potem.
W listopadzie i grudniu również rehabilitacja. Było co raz trudniej, czasu niewiele, zima wcześnie przyszła. Starałam się w miarę możliwości regularnie ruszać konie. Bywało niestety ciężko…
W grudniu także zdecydowałam się na spróbowanie kolejnego leku dla Neli. Nelusi Lydium niewiele pomagało niestety, tak więc w ruch poszedł antybiotyk. Ale jak to z wirusami bywa, w trakcie podawania leku objawy przechodziły, a po odstawieniu, znowu się pojawiały. Biedna Neluś chodziła zasmarkana i załzawiona. Jednak humor ciągle jej na szczęście dopisuje i wygląda zdrowo.
Nocka przestała się szlajać całymi dniami. Jednak tak czy siak – wychodziła na dwór codziennie. Nela ma zakaz, a chłopaki na górze u mamy bardzo niechętnie wychodziły na śnieżne spacery.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj