Hardcore Bruna…

Na początku lutego mój wspaniałomyślny Bruno zrobił sobie z mojego ogłowia bezwędzidłowego gumę do żucia. Po tygodniu jednak zaczął się źle czuć, mimo chęci zabawy, nie miał apetytu, wymiotował i przestał się wypróżniać. I tak oto trafiliśmy do lecznicy we wtorek, 12. lutego, gdzie od razu położono go na stół operacyjny… W trakcie operacji okazało się, że na jelitach i śledzionie były guzy. Ponieważ dr powiedziała, że są one usuwalne, choć istnieje ryzyko, że to nowotwór, ba! nawet mówiła, że na pewno jest to nowotwór, bez śledziony i części jelit da się żyć. Tak więc w stresie i na szybko podjęłam ryzyko, kazałam usunąć guzy i psa wybudzić. Pojechałam po niego koło godziny 20, strasznie był oszołomiony i rozżalony. Całą drogę piszczał. Dostał leki przeciwbólowe, antybiotyki inne. Próbki zmian zostały wysłane do histopatologii do Niemiec. Codziennie jeździliśmy z Brunem do lecznicy na kroplówki i leki. Humor raczej dopisywał, w czwartek miał już zacząć zaczynać jeść specjalne puszki. Rano standardowa wizyta kroplówkowa, a popołudniu niestety pogorszenie jego stanu – dostał wysokiej gorączki, więc natychmiast pojechałam z nim znowu do lecznicy. Temparatura została zbita lekami, zrobiono kontrolnie RTG i wrócilismy do domu. W piątek było lepiej, w sobotę rano także. Jednak w trakcie wizyty sobotniej, na sam koniec Bruno zaczął strasznie krwawić, więc pojechaliśmy do szpitala. I tam już został… Nie będę rozpisywała się co ja przeżywałam w tamtych chwilach, ani o tym jak byliśmy potraktowani, ani jakie były mega kompliakcje. Bruno został w szpitalu, dostawał leki, było coraz gorzej. ‚Złapałam’ ukochanego dr M.M., z którym miałam konsultować przebieg wydarzeń. W środę następnego tygodnia były już wyniki histopatologiczne – ufff – okazało się, że guzy nie były nowotworami. Podjęto decyzję o ponownej operacji, gdyż z Brunem było coraz gorzej. Był tez problem z jedzeniem, wciąż z załatwianiem się, więc waga szybko malała… Po drugiej operacji po dwóch dniach była ogromna poprawa. Jednak rokowania były bardzo ostrożne. Bruno wrócił do domu w sobotę, jednak w niedzielę znowu miusieliśmy się pojawić, gdyż szwy się rozpruły i musiał być szyty kolejny raz. Okazało się także, że przyczyną braku gojenia się rany pooperacyjnej była bakteria klebsiella, która była oporna na regularne leki. Został ściągnięty drogi antybiotyk, dzięki któremu udało się uratować sytuację. Po tej kuracji Bruno wrócił do domu (antybiotyk podawany był dożylnie niestety, więc pies musiał być ciągle w szpitalu). Oprócz tego, że grymasił przy jedzeniu, miał mega biegunki, chudł w oczach, jego stan psychiczny nie był zły. Leki jako tako działały, więc i Bruno był żywszy. Sprawdzaliśmy wiele karm i sposobów, żeby zaczął tyć, żeby formował się stolec, żeby czuł się dobrze. Na początku podawałam mu kroplówki podskórne w domu, potem tylko leki. W międzyczasie jeszcze zrobił mu się na grzbiecie ropień, od iniekcji. Miał założony sączek.
Przez ostatnie tygodnie stan Bruna na szczęście jest stabilny; trafił do innej lecznicy, gdzie do zdiagnozowano i ma nowe leczenie. Wdrożyliśmy mu specjalną karmę, którą na szczęście bardzo lubi, ma dobrane leki i próbujemy mu ustabilizować kał. Na tej karmie powolutku tyje, co jest dobrym znakiem. Na szczęście jest wesoły i znowu tak upierdliwy jak sprzed choroby.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>